Piotr Kieżun: Co oznacza słowo „toć”? Taki tytuł nadałaś swojemu spektaklowi.
Ewa Mikuła: Po śląsku znaczy to „tak jest”, masz rację”, „tak”. Ślązacy często używają go w codziennych konwersacjach, gdy chcą potwierdzić, że zgadzają się ze stwierdzeniem swojego rozmówcy.
W kontekście spektaklu to nadal brzmi dość tajemniczo. Co widz zobaczy na scenie? Na stronie Instytutu im. Jerzego Grotowskiego czytamy, że spektakl to „próby zrozumienia polsko-śląskiej dwujęzyczności [które] przekształcają się w wielogłos osobistych historii o kobiecości, wstydzie, testowaniu granic i możliwości wypowiedzi”.
Ten opis nie kłamie. Jest to spektakl w pierwszej kolejności o języku śląskim i pewnego rodzaju wspólnocie. Tej, którą w danej chwili tworzą na scenie aktorki, i wspólnocie kulturowej języka śląskiego, do której zapraszamy widzów. Kolejny duży temat to wstyd. Z jednej strony ten, który pojawia się, gdy publicznie używamy języka śląskiego i ten nasz, wewnętrzny – wstyd Ślązaków przed innymi Ślązakami. Wreszcie mamy tu bardzo ważne pytanie o kobiecość: próby znalezienia kobiecego głosu, odwagi, by powiedzieć o tym, czego dotąd nie wypowiadałyśmy na głos.
„Toć” nie jest klasycznym przedstawieniem. Wpisuje się w nurt tzw. teatru dokumentalnego. Czym ten ostatni różni się od spektakli, jakie zazwyczaj mamy okazję oglądać na deskach teatrów?
Spektakl to produkcja chorzowskiego Teatru im. Stefana Batorego, finansowana ze środków programu Narodowego Centrum Kultury „EtnoPolska”. Natomiast scenariusz spektaklu powstał w ramach warsztatów „Teatr na faktach” organizowanych przez Instytut Grotowskiego, których celem jest rzeczywiście popularyzacja teatru dokumentalnego.
Czym jest ten ostatni? Teatr dokumentalny to bardzo różnorodny obszar. Czasem jego spektakle nie różnią się tak bardzo od teatru w tradycyjnym rozumieniu. Podstawową różnicą jest to, że teatr dokumentalny nie opiera się na fikcji, lecz na źródłach dokumentalnych. Mogą to być dokumenty pisane, na przykład wycinki z gazet albo zapisy procesów sądowych, ale reżyser może również korzystać z innych z innych źródeł.
Ja pracowałam metodą verbatim. Polega ona na tym, że zbiera się wywiady, rozmawia się z ludźmi. Te wywiady się następnie nagrywa, spisuje i przetwarza w dramaturgiczną formę. Nie byłam do końca wierna tej metodzie, bo w „Toć” znalazły się też fragmenty poetyckie, wplecione przeze mnie w opowieść moich rozmówczyń.
Czy przeprowadzając wywiady, tylko słuchałaś, nie ingerowałaś w tok wypowiedzi, czy też odwrotnie – nakierowywałaś swoje rozmówczynie pytaniami na to, co cię najbardziej interesowało?
Bywało i tak, i tak. Nie ma bowiem jakiegoś uniwersalnego przepisu, jak zrobić dobry wywiad. Raz usłyszałam od pewnej antropolożki, że najlepiej nie zadawać pytań, tylko pozwolić płynąć opowieści, dać się jej swobodnie rozwijać. To byłoby idealne rozwiązanie, pod warunkiem że ktoś ma naturalny dar opowiadania historii. Ja jednak najczęściej starałam się wyłuskać najciekawsze wątki, zadawałam przygotowane wcześniej pytania, choć starałam się, by były otwarte.
Czy miałaś uprzednio określony profil rozmówczyń?
Od początku wiedziałam, z kim chcę rozmawiać. Szukałam kobiet, mniej więcej w moim wieku, mówiących po śląsku. Można powiedzieć, że moje motywacje były egoistyczne, bo pragnęłam znaleźć rozmówczynie, które są moimi rówieśniczkami. Poza domem rodzinnym nie miałam zbyt wielu okazji, aby rozmawiać po śląsku z innymi osobami. Byłam ciekawa, czy one też mają podobne doświadczenie tego języka.
Czy twoje rozmówczynie chętnie dzieliły się swoimi historiami?
Raczej tak. Może dlatego, że nie prowadziłam otwartego naboru. To były znajome znajomych.
Czy swoje historie opowiadały po śląsku?
Zbierałam materiał do spektaklu o języku śląskim, ale ja te wywiady przeprowadzałam długo po polsku i osoby przepytywane też mi odpowiadały po polsku. Dopiero na warsztatach w ramach „Teatru na faktach” prowadzący spytał nagle: „Hej, ale dlaczego wy nie gadacie o tym śląskim po śląsku?”. Bardzo mnie to uderzyło. Zdałam sobie wtedy sprawę, jak silną emocją jest tutaj wstyd. Po prostu głupio mi było rozmawiać z obcymi osobami w tym języku, nawet pomimo tego, że one również potrafiły mówić po śląsku.
Dochodzi do tego fakt, że każdy Ślązak mówi trochę inaczej. Śląski brzmi inaczej w zależności nie tylko od regionu, ale też od historii rodzinnej. Niektórzy mieli do niego większy dostęp, inni mniejszy. Czasami ta więź z językiem była gwałtownie przerwana. Zresztą istnieje też coś takiego jak stygmatyzacja, która dokonuje się wewnątrz danej wspólnoty. Szukając jądra swojej tożsamości, wpadamy często w puryzm językowy, rodzaj konserwatyzmu, i chętnie wytykamy komuś błędy. To bardzo zamykające rozmowę zjawisko.
Próbowałaś ze swoimi współpracowniczkami jakoś temu zaradzić?
Starałyśmy się stworzyć przestrzeń, która będzie zapraszała do dialogu. „Toć” to nie tylko spektakl. Towarzyszą mu warsztaty, które mają być przestrzenią do rozmowy. Można by je nazwać warsztatami śląskiej godki. Na niektóre przychodziła głównie młodzież szkolna, ale w trakcie prób do spektaklu prowadziłyśmy też warsztaty dla kobiet w różnym wieku. Ich wątkiem przewodnim było doświadczenie języka śląskiego. Podkreślam słowo „doświadczenia”, bo miały to być warsztaty nie tylko dla Ślązaków i to jeszcze czujących się w śląskim swobodnie, ale również dla ludzi, którzy z tym językiem zetknęli się w innych okolicznościach niż dom rodzinny.
Czy dla osób, z którymi rozmawiałaś w trakcie warsztatów, śląski był najczęściej językiem naturalnym, swojskim, czy dopiero musiały go dla siebie odzyskać?
Myślę, że tego odzyskiwania było całkiem sporo. Były takie osoby, które miały tylko dziadków mówiących po śląsku, więc stykały się z językiem tylko za ich pośrednictwem. Same już nie mówiły po śląsku, ale ciepło im się kojarzył. Była jedna młoda warsztatowiczka, która nie była Ślązaczką, ale mieszkała na Śląsku i chciała się po prostu dowiedzieć czegoś więcej o regionie. Na warsztaty przychodziły też osoby, które nie miały z kim porozmawiać, bo na przykład ich dziadkowi lub rodzice umarli.
Czy fakt, że w twoim spektaklu głos zabierają kobiety, wpływa na to, jak mówisz o języku śląskim? Albo spytam inaczej – czy gdyby twoimi bohaterami byli mężczyźni, to zwróciłabyś uwagę na inne aspekty śląskiego?
Wydaje mi się, że można by znaleźć parę różnic w użytkowaniu śląskiego przez kobiety i mężczyzn. Na przykład śląski jest postrzegany z zewnątrz, ale też trochę od wewnątrz, jako język męski, mocny, twardy. W relacjach damsko-męskich używanie przez dziewczynę śląskiego może być więc interpretowane jako brak delikatności, choć jeśli obie osoby są Ślązakami, jest łatwiej – język staje się przeźroczysty. Pewnie to wrażenie jest związane po części z dziedzictwem robotniczym. W kobiecych narracjach często obecny jest wątek kobiety, która twardą ręką trzyma domostwo, podczas gdy jej mąż haruje ciężko na grubie.
Czy szybko – ty i aktorki – zżyłyście się jako zespół?
Zaskakująco szybko, choć jesteśmy dość różnorodną zbieraniną kobiet. Magalena Lamża, Żaneta Górecka, Malwina Brych, Marta Wiśniewska-Slabik i ja – wszystkie pochodzimy ze Śląska, ale część z nas już tu nie mieszka. Mamy też różne związki z językiem śląskim. Dla mnie to język, którym się mówi w domu, a na przykład Marta nigdy nie posługiwała się nim na co dzień. Poza tym mamy różne akcenty i wymawiamy niektóre słowa inaczej. Jestem z Mysłowic i mówię „jestek”, z k na końcu. Inne dziewczyny mówią „jestech”. Musiałyśmy więc uzgodnić, której odmiany języka będziemy używały na scenie. Ale wspólnota językowa jest bardzo zaraźliwa i dosyć szybko pozwoliła nam wytworzyć wyjątkową więź.
Kiedy pojawiła się u ciebie potrzeba tworzenia teatru w języku śląskim?
Gdy zaczęłam się interesować teatrem, nie miałam takiego założenia, że będę coś tworzyć po śląsku. To przyszło z czasem. Rozpoczęłam studia w Krakowie na wiedzy o teatrze, a potem reżyserię teatralną. Do rodzinnych Mysłowic wracałam w weekendy. Kraków i Mysłowice to były dwa światy. Pierwszy – artystyczny, gdzie mówiło się po polsku. Drugi – robotniczy, z językiem śląskim.
To w czasie jednego z pobytów w rodzinnych stronach przyszło mi na myśl, że śląska rzeczywistość jest dobrym tematem na deski teatru. Impulsem była praca zarobkowa. Na studiach na reżyserii trzeba było robić tak zwane asystentury, często wyjazdowe. Potrzebowałam pieniędzy, żeby odbyć te praktyki. Mama załatwiła mi więc pracę w lakierni proszkowej. Wtedy wpadłam na pomysł zrobienia spektaklu o pracy jako o czymś, co leży w samym centrum śląskiej kultury. Zaczęłam pytać więc moich rodziców o ich pracę i robić z nimi wywiady na ten temat, na czym oparłam cały scenariusz. To był dla mnie bardzo istotny moment, bo połączyłam tym tekstem rzeczywistości teatralną i domową. Bohaterami byli moi rodzice, oboje pracujący fizycznie. Tak powstał tekst pt. „Praca, praca”, a później wideo-art o tym samym tytule, które współtworzyłam z Piotrkiem Froniem. Od tego czasu temat śląskości i języka śląskiego zawsze był gdzieś z tyłu obecny w tym, co robiłam.
Czy dla ciebie jako dramaturżki lub reżyserki język śląski jest jednoznacznie atutem czy także wyzwaniem, swego rodzaju ograniczeniem w pracy scenicznej? Mam tu na myśli przekonanie, że śląski jest tylko do opowiadania o Śląsku. I o tym, że używanie języków regionalnych, gwar, dialektów, odmian językowych często spycha nas bezwiednie w stronę folkloryzacji.
Myślę, że nie ma na to pytanie jednej prostej odpowiedzi. Dla mnie w pracy z językiem śląskim zawsze obecne jest napięcie pomiędzy pragnieniem oderwania tego narzędzia komunikacji od tematów ściśle śląskich a naturalną chęcią utrwalenia, ochrony własnej mniejszościowej tożsamości. Myślę, że działa tu często pewien automatyzm, który przejawia się w tym, że jeśli na przykład robi się spektakl o historii Śląska po śląsku, to ten Śląsk trzeba przedstawiać w określonym kluczu.
Ja, oczywiście, chciałabym dążyć do tego, żeby po śląsku grano bardzo różne sztuki, nie tylko o regionie, ale trzeba pamiętać o tym, że społeczności takie jak śląska przez długi czas były poddane presji różnych stereotypów, prześladowane, więc kiedy pojawia się w końcu możliwość opowiedzenia o sobie na swoich warunkach, to się z niej korzysta. Trudno od tego uciec. Choć w „Tociu” próbowałam wizualnie uniknąć zbytnich odniesień do śląskości. Nie do końca mi się to udało, ale ostatecznie wyszło to spektaklowi na dobre.
Pracowałaś również z innymi europejskimi mniejszościami, na przykład w Alzacji. Czy te kontakty jakoś poszerzyły twoją perspektywę?
Bardzo zaskakujące było dla mnie to, jak szybko budowała się między nami więź, wynikająca z tego, że jesteśmy wszyscy przedstawicielami lokalnych społeczności. Na przykład pomiędzy mną jako Ślązaczką a Romami. Teraz patrzę na współczesną Europę nie tylko jako wspólnotę państw, ale też wspólnotę regionów i kultur, wspólnotę mniejszości. W tym sensie język śląski ma potencjał, by być językiem bardzo nowoczesnym. Znam artystkę, której rodzina pochodzi ze Śląska. Ona sama urodziła się i mieszka w Zagłębiu Ruhry. Dziś wraca świadomie do kultury śląskiej i śląskiego, przefiltrowując je przez pryzmat queerowości.
Dla kogo jest teatr po śląsku? Dla Ślązaków? Gdy patrzy się na sukces spektaklu Teatru Telewizji „Mianujom mie Hanka” z Grażyną Bułką w roli głównej, wydaje się, że nie do końca tak jest.
Truizmem będzie stwierdzenie, że dla wszystkich, ale tak właśnie jest. Pod warunkiem, że twórcy będą mieli taką intencję. Ja za każdym razem zadaję sobie pytanie, czy ta konkretna, osobista historia ma również wymiar uniwersalny i dlaczego chcę ją teraz opowiedzieć.
A jak reagowali na „Toć” widzowie, którzy nie pochodzą ze Śląska?
Kiedy „Toć” powstawał w ramach „Teatru na faktach” w Instytucie Grotowskiego, odbyły się dwa czytania performatywne dla widowni wrocławskiej. Mieliśmy bardzo ciepłe przyjęcie, choć część widzów w ogóle nie była zaznajomiona z tematem. Dla wielu z nich fakt, że na Śląsku młodzi ludzie rozmawiają na co dzień po śląsku, był odkryciem.
Potem graliśmy kilka spektakli w małych miejscowościach na Śląsku. Bardzo się bałam, jak to będzie przyjęte, jednak sposób, w jaki Ślązacy zareagowali na sztukę, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Poczuli, że to jest opowieść o nich. Jest w „Tociu” taka scena, gdzie bohaterka nuci melodię znanej tradycyjnej śląskiej piosenki. Tak, jakby próbowała ją sobie przypomnieć. Na jednym ze spektakli widownia też zaczęła ją nucić. Nie dośpiewywać, a właśnie nucić. Aż ciarki mnie przeszły. To był bardzo wzruszający moment, dużo ludzi płakało. Zwłaszcza starszych. Do młodszych trudniej jest dotrzeć. Stykają się z językiem śląskim, ale na pewno nie mają tyle okazji, żeby mówić w tym języku. Na pewno nie w przestrzeni publicznej. Często też po prostu się nim już nie posługują, bo nie mieli szansy się go nauczyć.
Jakie będą dalsze losy „Tocia”?
Planujemy grać ten spektakl w różnych miejscach – nie tylko na Śląsku. Chciałabym, żeby za każdym razem towarzyszyły mu warsztaty śląskiego skierowane do tych, którzy mają już doświadczenie z tym językiem, i do tych, którzy się z nim jeszcze nie zetknęli. Mam nadzieję, że „Toć” będzie pomostem pomiędzy różnymi lokalnymi społecznościami. Że inni, którzy szukają swojej lokalnej tożsamości, też będą potrafili się w nim przejrzeć.
Autorka fotografii: Magda Bremer
O autorce
Ewa Mikuła – dramaturżka i reżyserka teatralna. W swojej dokumentalnej twórczości bada codzienne narracje, wykorzystując je do refleksji nad szerszymi procesami społecznymi. Członkini „Fabulamundi. New Voices” – europejskiego programu zrzeszającego dramatopisarzy i dramatopisarki z całej Europy. Zadebiutowała wspólnie z Piotrem Froniem autobiograficznym utworem pt. „Praca, praca”, opublikowanym na łamach miesięcznika „Dialog” 1/2020. W Bratysławie wyreżyserowała spektakl „Dorosłość”, który powstał w wyniku trzyletniego procesu dokumentalnego z udziałem polskiej i słowackiej młodzieży (Divadlo Ludus, 2023). Przez ostatnie dwa lata prowadziła badania artystyczne nad mniejszościami etnicznymi i językami mniejszościowymi w ramach europejskiego programu „Future Laboratory”, uczestnicząc w rezydencjach w Luksemburgu, Rumunii i Francji. Jej najnowszy spektakl „Toć” bada granice języka z perspektywy młodych Ślązaczek.